Ja pamiętam czasy jak zioło kupowało się na szuflady, a jak planowało się imprezę to trzeba było tydzień wcześniej zamawiać. Jak już się zamówiło to teraz trzeba się porządnie pomoodlić żeby dotarło.
Takie to były czasy, a jakość pozostawiała wiele do życzenia.
COREL DRAW 1 instalowałem z dwunastu dyskietek 1,44 mb na dysk twardy 750 mb komputera stacjonarnego
Wpatrz się głęboko, głęboko w przyrodę, a wtedy wszystko lepiej zrozumiesz.-Albert Einstein
Administrator wyłączył możliwość publicznego pisania postów.
Jak zaczełes/aś swoją przygodę z Marihuaną
10 lata 4 miesiąc temu #42
bedziebyczo
rok okolo 94... zupenie nie klepiacy susz sprzedawany na szuflady czyli pudelka od zapalek,czasem czarne pojemniki po kliszach fotogaficznych ,pozniej zlot hipisow w czestochowie ,pielgrzymka szpakowska ktora docieraa na jasna gore pod przewodnictwem ksiedza szpaka ,a szli w niej sami super mocno pojechani ludzie ,zostawali na parkingu (zaaranzowanym na pole namiotowe za klasztorem)przez kilka dni ,przebierali swiete figury stojace na cokolach w rastamanskie berety i hipisowskie lachy ,grali na bongosach a na okolo metr nad ziemia unosila sie wrecz mgla z konopnego dymu ,mieli tego na reklamowki ,niesamowity klimat ...spedzalem tam najfajniejsze dni w roku,totalny relaks ,dookola przyjazni wszystkim dzielacy sie ludzie, opowiadajacy nieamowite historie...mialem 15 lat ...a dwudziestoparoletnie hipiski gdzie nie sopjrzec bez zenady przebieraly podkoszulki obnarzajac bujne nagie piersi....a moje pielgrzymowanie nabieralo wtedy iscie ..niebianskiego aspektu....
pozniej w szkole sredniej poznalem smak prawdziwych topow ...taki byl moj...poczatek....
Ostatnio zmieniany: 10 lata 4 miesiąc temu przez bedziebyczo.
Administrator wyłączył możliwość publicznego pisania postów.
Jak zaczełes/aś swoją przygodę z Marihuaną
10 lata 1 dzień temu #43
zbiory, to Ty byłeś "POSH", ja miałem Amigę 1200 bez żadnego dysku twardego
Moja przygoda z MJ zaczęła się z początkiem liceum. Pierwszy worek to pewnie jakaś przemysłówka była.
Kopało nie lepiej niz papierosy
Kolejny to juz inna bajka. Wyjebało mnie po prostu w kosmos...
Później ekscytacja muzyką HIP-HOP Cypress, Snoop, X-zibit i te klimaty. Pamiętam, że jak kupiłem worka to miałem tydzień coddziennej pizdeczki. A dzieliłem się ze wszystkimi bratnimi duszami
Raz poznałem spoko kolesi w tramwaju...i w tym tramwaju lufa na bezczela
Wpadły nawet kanary...po ożywionej dyskusji odpuscili.
2006 wyjechałem do UK i tam dopiero nauczyłem się grubo jarać. Wszyscy spliff...fuj, a jt widział przyjemność tylko w czystych jointach...cdn.
UK było jak wspomniałem przełomem w moim zielonym życiu. Palenie w pracy (Tam też jednorazowo miałem szczęście spróbować grzybków).
Ilości palonego temaciku wzrosły wykładniczo. Początkowo po wypaleniu jointa na pół z kumplem kończyło się jakbym dziś spalił 2 i grubo zapił bimbrem, czyli urwaną transmisją danych
MJ była kupna, ale nigdy lipna. Głównie cheese i inne warjacje skunk'a (jak się dziś domyślam). Kilka razy ponoć blueberry, ale zielone feno. To tam dowiedziałem się, że są wogóle jakieś odmiany...Świtał mi wtedy pomysł uprawy. Ale były komplikacje ze współlokatorami przerażonymi "SWAT'em" i smigłowcami (koty )
Diler fajnie działał. Telefon do "centrali" gdzie podawałem adres na jaki ma przyjechać. I po pewnym czasie (kufa po 1-2h) podjeżdżali panowie prawie zawsze innym autem. Ze 3 razy nawet żółty HUMMER2 ze spinnerami (zupełnie nieprzypałowy )
Raz wychodzę przed chatę na ciśnieniu (w oczekiwaniu) i podchodzę do auta, które miało otwartą szybę. Na pewniaka 10 funa podaję a tu ZOONK
-It's wrong car mate...usmiechnięty koleś okazał się sąsiadem, który mieszkał parę domów dalej
Później co mnie zobaczył z daleka się witał i pokazywał palcami jakby skręcał wyimaginowanego spliff'a
Po powrocie do dzikiego kraju, kontynuowałem kupne palenie. Jednak tutejsze realia, odbiegają od najniższych standardów.
Można kupic dobre, jednak o wiele trudniej to osiągnąć.
Ten teges...i pewnego pięknego razu podczas polowania na zioło przydybała mnie milicja (juz gdzies o tym wspominałem). Chyba dostali cynk, że coś mam ale mniejsza. (na pohybel frajerom!)Dumnie mnie zakuli w kajdanki. W popielniczce przeszukiwanego auta jak się okazało miałem 1,4g). No kurwa zadarli z kartelem narkotykowym. w domu nic nie znaleźli. (Nawet w gg w kompie grzebali-żenada). Trochę, szczerze powiedziawszy z nich się ponabijałem (w kulturalny sposób oczywiście). Że chyba będzie premia itp. że poważnego bandytę dorwali. Jak się z tym teraz czują... Zrobiłem kilka błędów, jednak sprawę umozono. Nawet prokurator się smiała z milicji. Że rekordowa ilośc suszu... (Swoją drogą ciekawe jakby sobie poradzili z prawdziwym bandytą. Chca kogoś jebnąć z gramem a tu seria by się chujki odmulili).
Na komisariacie poważna pani z papierosem(prawie wszyscy tam kurwa palą papierochy w pomieszczeniach-PRL 100%)
zapytała z pogardą dlaczego mi jest do śmiechu?!
Odparłem, że nie mogę się powstrzymać obserwując absurd jaki tu się odbywa. I że do tego za to płacę...
I stwierdziłem wtedy, że czas z tym skończyć.
Czas zacząć sadzić!
Zawsze uwielbiałem przyrodę. Ale za małolata głównie zoologia mnie fascynowała. (Miałem gady, ryby, przerózne gryzonie, jeszcze wcześniej chore gołębie do domu znosiłem nawet) Botanikę uważałem za nudną. A tu taki zwrot akcji...Wtedy zaczęła się moja prawdziwa przygoda z MJ.
dopiero po jakiś 15 latach jarania Rozkwitła u mnie fascynacja jaką czułem za dzieciaka znoszącymi ikrę pielęgnicami. Znów stałem się jak dziecko
Pierwszy namiocik 30x60x60, z czterema swietlówkami, łazienkowym wentem, zmontowanym samemu filtrem i dwoma autoblueberry. Nigdy nic mi tak nie smakowało przez te wszystkie lata jak one.
Poprostu stwierdziłem, że tak trzeba. Robienie takich popierdzielonych rzeczy jak uprawa która się zupełnie nie opłaca sprawia, że wykorzystuje cały limit rzeczy bezsensownych lub staram się go jakoś zrównoważyć robieniem rzeczy sensownych. Innymi słowy takie pojebane hobby motywuje mnie do życia.
uprawa to fascynujące hobby
dzięki temu uczę się
spędzam więcej czasu na łonie natury
widziałem raz chyba myszołowa jak startował z ok 7 metrów obok mnie - niesamowite
kiedyś coś wielkiego zaczęło wściekle truchtać w odległości ok 5 metrów, bardzo się ucieszyłem kiedy się ocknąłem i zrozumiałem, że ten dzik ucieka
podszedł do mnie lis na odległość ok 5 metrów
kiedyś spadło na mnie z 50! (zlot miały czy co?) takich kleszczy ze skrzydełkami i żaden się nie wbił dzięki czosnkowi z olejkami eterycznymi.
w takich momentach czuje się jak ktoś kto robi filmy dla telewizji o życiu zwierząt, nie łapie krokodyli z jaja ani nie wkładam im w paszcze kamery aaale tak czy siak takie realne sytuacje są naprawdę niesamowitą przygodą.